A może warto nieco zwolnić? Nie pędźmy tak przed siebie. To nie wyścig kolarski. Dajmy się dojść peletonowi. Róbmy nadal swoje, badajmy intensywnie, domagajmy się działań, ale jednocześnie retorycznie cofnijmy się o krok, poczekajmy chwilę, pozwólmy reszcie społeczeństwa nas dogonić :)
Może warto?
Spójrzmy na Nich: niezainteresowanych, wątpiących, także tych wykpiwających, bardziej życzliwie, z troską. Pomóżmy im nadrobić dzielący nas dystans. Bądźmy wyrozumiali - jeśli potrzebują zajęć wyrównawczych, bądź gimnastyki korekcyjnej, nie żałujmy im czasu i cierpliwości, jak dzieciom, rehabilitujmy skrzywione kręgosłupy… :) By odbudować spajające je pierwotnie więzi, społeczeństwo musi być trochę jak klasa integracyjna. Przyjmijmy, że Ich wątpliwości (tudzież właśnie brak jakichkolwiek!) opierają się na szczerych przesłankach. Wszak wiara w oficjalne tezy oficjalnych raportów, utwierdzana przez od zawsze "znanych", "sympatycznych" i "lubianych", jest dla Nich jedynym możliwym do przyjęcia wytłumaczeniem przebiegu zdarzeń, nie kwestionującym fundamentalnego konstruktu myślowego na którym opierają swoje poczucie bezpieczeństwa, wspólnoty, racjonalności, słuszności własnych dotychczasowych działań, wyborów i osądów.
Zastanówmy się jak otworzyć ich umysły na rzeczową argumentację.
Oglądaliście Seksmisję? Umysły formatowane latami nie są gotowe na próbę urwania się ze swojej geostacjonarnej orbity myślowej z której obserwują zafiksowaną postpeereleowską atrapę rzeczywistości. To tak jak z tym peryskopem przez który siostrzyczki z Archeo i Genetics oglądały namalowaną panoramę postapokaliptycznego świata. Nie próbowały samodzielnie zbadać sytuacji. Mając zafiksowany punkt obserwacji i bardzo zawężoną perspektywę, nie były w stanie sięgnąć wzrokiem poza dobrze znany horyzont, a brak efektu paralaksy, słowem brak dystansu, nie pozwalał wykryć fałszerstwa - namalowanych dekoracji. Ale nawet stojąc już na wyciągnięcie ręki przed wymalowaną księżycową panoramą, będą bali się jej dotknąć, by przytulna iluzja nie prysnęła jak bańka mydlana. Ich wygodna, oswojona Virtual Reality. Niby dlaczego ktoś miałby ich nabierać? Całe życie! Nie uwierzą w opowieść o boćku! Musimy zmusić ich do przebicia się przez tę maskaradę, wywołać dysonans poznawczy, nakłonić do zdjęcia maski tlenowej i zaczerpnięcia w płuca prawdziwego powietrza. To wybije ich z owej geostacjonarnej orbity, pokaże nową perspektywę, nakłoni do dalszej eksploracji. Do przebicia pomalowanego płótna może posłużyć nam tylko ostre jak brzytwa (Ockhama) ostrze niezaprzeczalnego faktu. Wyłącznie twardego, weryfikowalnego faktu.
Jak wyselekcjonować takie fakty?
Przyjmijmy, choćby na potrzeby tego eksperymentu myślowego, ich punkt widzenia: załóżmy, że także badający sprawę w obu komisjach mieli wyłącznie czyste intencje, choć jako ludzie nie są nieomylni. Przeprowadźmy naukową analizę porównawczą raportów MAK i Komisji Millera oraz ich źródeł. Sprawdźmy na ile różnice w raportach mogą wynikać z różnic metodologicznych i jak przyjęte metodologie mają się do standardów światowych.
Ogólny obraz rozbijmy na drobne segmenty, które łatwiej analizować i objąc umysłem laikowi.
Gdy człowiek zdoła uzmysłowić sobie, że wnioski całościowe wypływają z sumy przeslanek cząstkowych, zda sobie sprawę jak dużą rolę gra wiarygodność właśnie tych poszczególnych cząstkowych prawd (lub fałszów). Wiarygodność wypływa z konkretnej wiedzy, konkretnych ludzi. Nie jest objawiona jak Tablice Mojżeszowe.
Spróbujmy Ich przekonać, że za tezami które popierają muszą stanąć konkretne osoby. Stojąc na pozycji naukowej rzetelności i transparentności spraw publicznych, niezwykle istotnym jest, by autorzy konkretnych opracowań składających się na oficjalne/rządowe raporty stanęli pod nazwiskiem za efektami swojej pracy. Wszyscy, a ZWŁASZCZA ich zwolennicy powinni konsekwentnie domagać się, by ekspertyzy kształtujące światową opinię w tej sprawie miały swych znanych z imienia, nazwiska, tytułu i naukowego dorobku autorów zdolnych na gruncie nauki bronić swych tez, tak by uzyskać sytuację równowagi, w której podpisujący się pod swoimi analizami i obliczeniami naukowcy (nie tylko Ci działający na zapleczu Zespołu Parlamentarnego) mieli z kim prowadzić rzeczową polemikę.
Tym sposobem można będzie podjąć próbę przekonania opinii publicznej, że autorytet instytucji takich jak komisje eksperckie (MAK, KBWL, Komisja Millera) powinien brać się z synergii autorytetów tworzących je ludzi, nie zaś odwrotnie. Komisja ekspercka to wszak nie ława przysięgłych…
By skutecznie dotrzeć do masowej świadomości, w swej retoryce odłóżmy na bok także własne ugruntowane przekonania co do przyczyn i sprawstwa. Postarajmy się by w przekazie mainstreamowym głośno i wyraźnie wybrzmiewały dobrze udokumentowane wątpliwości dotyczące aktualnego stanu wiedzy. Procent społeczeństwa, w którym zakiełkowały jakieś wątpliwości (jednak daleki od radykalnych tez) jest znacznie większy, od tych którzy po obu stronach wiedzą już "na pewno" co się wydarzyło. Nie uruchamiajmy u nich automatycznego mechanizmu negacji, swoistej blokady bezpieczeństwa. Nie zaganiajmy do narożnika. Pozwólmy znaleźć im samodzielnie ścieżki do racjonalnych i opartych wyłącznie na faktach rozwiązań tych wątpliwości, jakie w nich zakiełkowały. Niech odpowiedziami zawsze będą wyłącznie fakty, prowadzące do kolejnych faktów. Nie ich interpretacje, emocjonalne, psychologiczne, ideologiczne… Tym sposobem grupa osób popierających dalsze badanie sprawy ma szansę radykalnie się powiększyć. Uderzajmy w argument swobody badań naukowych i transparentności. Umiejętnie posługujmy się przykładami.
Jak zaaplikować czerwoną pigułkę?
Jak wyciągnąć siostrzyczki (i braci) z Archeo i Genetics z postPRLowskiego Matrixa?
Najwaniejsze: nie przesądzajmy o wyniku dalszych poszukiwań. Już sam fakt przekonania o ich konieczności jest niezwykle cenny. Jeśli więzi społeczne są dziś zbyt słabe i poczucie wagi problemu zgaszone, powinny tu zadziałać choćby te same mechanizmy, ktore przyciągają miliony widzów przed ekrany TV w porze ulubionych programów rozrywkowych, bądź seriali, nawet jeśli wielu z Nich traktować miałoby to jak niezwykle ekscytujący Reality Show. Z resztą przecież i tak w ten sposób to traktują, ale reżyseria wydała się im słaba i znudzili się… Zmieńmy zatem narrację. Nie przesądzajmy jaki będzie koniec. Niech sami odkrywają ekscytujące kolejne meandry tej brutalnej historii napisanej przez życie i w napięciu oczekują na kolejne fakty, na rozwiązanie jakie by ono nie było. Tak jak pasjonowali się tragiczną śmiercią małej, niewinnej istoty, dziewczynki ze Śląska i dramatycznymi zawirowaniami wokół jej rodziny. Nie umniejszając znaczenia okrutnego losu dzieciątka i traumy najbliższych, tu chodzi przecież o tragedię o nieporównywalnie większej skali i znaczeniu dla Państwa - śmierć Prezydenta i znacznej części szczytów elity władzy, w sumie blisko stu znamienitych osób (oraz losy ich rodzin) z wielką polityką w tle! Ta historia powinna porywać miliony. Stwórzmy warunki ku temu, by tak mogło się stać. "Gra o tron" to przy tym bajeczka dla grzecznych dzieci.
W naszej cywilizacji i wobec środków z których korzystają środowiska naszych oponentów sprawnie zarządzające masową świadomością, to chyba jedyna droga, by ludziom poznanie całej prawdy jawiło się jako pożądana, atrakcyjna perspektywa...
Szacun.
PS. Przeredagowałem nieco notkę i zmieniłem tytuł ;) Człek całe życie uczy sie zasad PRu i ciągle popełnia błedy - dobry tytuł to podstawa ;) No ale teraz już chyba za późno... Trzeba by chyba skasować i w nowym opakowaniu, po rebrandingu na rynek wypuścić ;)))



Millerowcom brak materiału dowodowego w niczym nie przeszkadzał i nie przeszkadza. Wnioski robią na podstawie pośmiertnych ekspertyz psychologicznych i ściągniętych z Internetu zdjęć wykonanych w nieznanych okolicznościach przez osoby prywatne. Wrak dla nich to cenna pamiątka bez wartości dowodowej, a o kamizelkach kuloodpornych oraz broni nikt nawet nie wspomina. Jaką tu można prowadzić dyskusję? Należy bez żadnej dyskusji domagać się zebrania maksymalnie możliwej ilości materiału dowodowego. A dopiero potem dyskutować.